Cień Upadłego Domu

Zaczęty przez Dezzmond, 2025 10 30, 18:25:01

Poprzedni wątek - Następny wątek

Dezzmond

W dzielnicy magicznej Har'oloth Videnn, w oknie jednej z komnat dostrzec można było fioletowy blask, który starał wydostać się na zewnątrz. Wewnątrz budynku, przed studnią, będącą źródłem ów światła stała Quarala'triel – młoda drowka, której oczy lśniły w mroku niczym dwa rubiny. Trzymając wyciągnięte dłonie nad źródłem mocy szeptała słowa inkantacji, starając się nad nim zapanować. Wokół niej tańczyły smugi energii, wijąc się jak żywe istoty, które próbowała ujarzmić. Każdy jej szept drżał od mocy, a w powietrzu unosił się zapach siarki i magii. Studnia – fioletowe źródło pulsujące głęboko w ziemi – była bramą z której czerpała energię magiczną.



Magia, która posługuje się Quarala'triel jest specyficzna, nawet jak na przedstawicielkę jej rasy. Dzięki niej potrafi czerpać moc z Otchłani, kradnąc własność Pana Demonów i wykorzystując ją ku czci Pajęczej Królowej, Tkaczki Chaosu, okrutnej i bezlitosnej bogini mrocznych elfów, która oczekuje od swych wyznawców bezwzględnego posłuszeństwa. Quarala'triel nie jest jednak głupcem. Wie, że okradanie Królestwa Demonów jest niezwykle ryzykowne i w każdej chwili może obrócić się przeciwko niej, gdy zwróci na siebie zbyt wielką uwagę jego władcy – Ylotha.



W pewnym momencie do wnętrza komnaty niepostrzeżenie wsunął się Werfen, Fechmistrz potężnego Domu Ol'loth, który postanowił obserwować młodą adeptkę z cienia. Jego zbroja z adamantytu połyskiwała chłodnym blaskiem, a z ramion spływał fioletowy płaszcz – symbol jego Domu. Nie musiał mówić, by wzbudzić uwagę. Był jednym z nielicznych mężczyzn w Har'oloth, których imię budziło respekt. Quarala'triel dostrzegła go, lecz nie przerwała rytuału. Wiedziała, że to on powinien się odezwać pierwszy – Fechmistrz czy nie, był tylko mężczyzną.
– Vendui... – odezwał się w końcu. Jego głos był miękki i melodyjny, ale niósł się po komnacie jak echo stali. – Matka Opiekunka dostrzegła twój nietypowy talent, Quarala'triel. Rozważa... przyjęcie Cię w nasze szeregi.
Mroczna Elfka opuściła dłonie trzymane dotychczas na zwierciadłem studni i wolnym, lecz pewnym krokiem ruszyła w stronę Fechmistrza.
– W jaki sposób mam udowodnić swą wartość? – zapytała chłodno.
– Na wszystko przyjdzie odpowiednia pora – odparł z cieniem uśmiechu. – Chodź. Pokażę Ci potęgę i bogactwo Domu Ol'loth.




Przeszli przez korytarze wyrzeźbione w obsydianie i kamieniu, pełne pajęczych motywów, aż dotarli do posiadłości Domu Ol'loth – monumentalnej i zimnej jak spojrzenie samej Lloth. Fioletowe światła kryształów drżały w półmroku, a na ścianach cienie tańczyły niczym pająki. W jednej z komnat czekał na nich Mag Domu, zwany Drugim Synem – mroczny elf w czarnym płaszczu i szacie, której kaptur krył jego twarz.
– Więc to ta – syknął, mierząc Quarala'triel spojrzeniem pełnym niechęci. – Ciekaw jestem, czy jej magia ma jakąkolwiek wartość, czy tylko marnuje nasz czas.
Zbliżył się, a jego dłonie – chłodne i szorstkie – objęły nadgarstki mrocznej elfki, jakby starał się wyczuć moc płynącą w jej żyłach.
– Uważaj, Drugi Synu – warknął Werfen. – Matka Opiekunka poleciła, by ją sprawdzić, nie obrażać.
Mag prychnął.
– W takim razie niech udowodni, że potrafi coś więcej niż czarować słowem. Niech przyjdzie do ruin Upadłego Domu. Jeśli wróci – być może jest warta nazwiska Ol'loth.




Ruiny Upadłego Domu czekały na nią w milczeniu. Przeklęte korytarze pełne były śladów dawnej chwały, która z biegiem lat obróciła się w pył. Z sufitu zwisały pajęcze sieci, a powietrze gęste było od zapachu wilgoci, grzybów i zgnilizny. Quarala'triel poruszała się cicho, niemal płynąc w półmroku, z pudao w dłoni i cieniem uśmiechu na ustach. Każdy krok był tańcem, każdy ruch – modlitwą ku Lloth.
Pierwsze uderzenie przyszło znienacka. Pożeracz umysłów wyrósł z ciemności, a jego ciało drżało od telepatycznego krzyku. Mroczna elfka uskoczyła, zamaszystym uderzeniem przecięła powietrze, a następnie głowę potwora. Fioletowa krew rozlała się po kamieniach. Kolejne cienie ruszyły z głębi – mroczne elfy z upadłego domu, zniekształcone przez lata izolacji napierały na nią ze wszystkich stron. Quarala'triel wyciągnęła lewą dłoń w ich kierunku szepcząc słowa inkantacji. Z pęknięcia w ziemi wystrzelił słup ognia, który pochłonął nacierających w jej kierunku wrogów. Mroczna Elfka tańczyła między nimi tnąc szybko i celnie. Płomienie wiły się wokół jej ciała nie czyniąc jej żadnej krzywdy.




Im dłużej korzystała ze swych mocy, im głębiej schodziła w głąb ziemi, tym głośniej szeptała Otchłań. Kusiła, słała obietnice mocy, siły zdolnej spalić całą stolicę. Quarala'triel milczała. Wiedziała, że nie jest jej sługą. Służyła tylko Lloth – a demony, choć silne, były jedynie jej narzędziem.



Ostatnia sala przypominała kaplicę. Rzędy kamiennych ławek prowadziły ku ołtarzowi usytuowanemu na podwyższeniu, w którego tle znajdowała się wielka płaskorzeźba z pajęczym motywem. Quarala'triel poczuła w powietrzu obecność potężnej magii, silniejszej niż wcześniej. Za ołtarzem stał Drugi Syn.
– Więc jednak przyszłaś... Podejdź do mnie. Widzisz symbole na tej ścianie? Co w nich dostrzegasz? – Mag przywołał ją do siebie obracając się w kierunku płaskorzeźby. Wyryte w skale symbole zaczęły wić się niczym cienie tworząc nowe kształty.
Kobieta zbliżyła się do ściany i wyciągnęła ku niej dłoń jakby wabiona przez nieznaną siłę. Obserwowała poruszające się na niej cienie nie mogąc oderwać od nich wzroku.
– Widzę hordy demonów, kroczące u mego boku przeciwko naszym wrogom, posłuszne mej woli w służbie Pajęczej Królowej – odrzekła cichym, spokojnym głosem, wciąż nie odrywając wzroku od płaskorzeźby, będąc w czymś w rodzaju transu.
– Cóż... Cienie ukazały mi podobny obraz. Lecz w mojej wizji nie ma Ciebie... – Mówiąc te słowa Mag uderzył kosturem o posadzkę, a cienie na ścianie zaczęły falować.
Z wnętrza płaskorzeźby wysunęły się sylwetki – humanoidalne, lecz pozbawione rysów twarzy, z ciałami utkanymi z cienia. Cieniste istoty zbliżały się ku kobiecie w milczeniu, a ich ruchy były płynne, niemal taneczne.  Ostrze jednego z nich przecięło powietrze tuż obok Mrocznej Elfki, która w ostatniej chwili odskoczyła. Chybione uderzenie trafiło w kamienny filar. Głownia miecza zaiskrzyła zostawiając na słupie ślad, uświadamiając jej, że zagrożenie jest w pełni realne. Cień, nie dając za wygraną, zaatakował z boku. Quarala'triel obróciła się w miejscu, wykonując okrężny ruch bronią, który łączył parowanie z cięciem. Pudao zatoczyło łuk, przecinając mglistą pierś przeciwnika z której wystrzeliła mroczna smuga, która rozpłynęła się w powietrzu. Mag stojący przy ołtarzu zachwiał się. Drugi Cień natarł od frontu. Mroczna Elfka wyprowadziła pchnięcie od dołu z lekko ugiętych kolan, które przeszyło sylwetkę przeciwnika. Przesunęła prawą dłoń po drzewcu skracając dystans między sobą a przeciwnikiem. Będąc tuż obok niego uwolniła lewą dłoń i szepcząc słowa inkantacji wyciągnęła ją w jego stronę. Z otwartej dłoni wystrzeliła ognista kula, która rozdarła cienistą istotę na pół. Mag upadł. Quarala'triel zrozumiała, że z każdym pokonanym Cieniem ich twórca słabł. Wykorzystując to doskoczyła do niego. Na jej twarzy zaczął rysować się widoczny uśmiech. Uniosła pudao ku górze, obracając je ostrzem do dołu. Biorąc głęboki zamach zza pleców opuściła broń z impetem w miejsce, gdzie Drugi Syn, klęczał przed nią czekając na swój koniec. W ostatniej chwili Mag wyśliznął się spod uderzania zarzucając na plecy Płaszcz Cienia, który momentalnie ukrył jego obecność.
– Nie doceniłem Cię, lecz Twój koniec jest nieuchronny... – głos Maga rozległ się po komnacie niczym echo niknące w oddali.
Quarala'triel syknęła z bólu zauważywszy uszkodzoną kolczugę pod prawym żebrem i krew sączącą się z otwartej rany. Zataczając się dotarła do Har'oloth Videnn, z trudem ciągnąc nogi po ziemi. Musiała opatrzeć rany i przygotować się na to, co miało nastąpić niebawem...

Dezzmond

W chłodnym półmroku banku Har'oloth Videnn panowała niemal zupełna cisza, przerywana jedynie cichym szelestem pergaminów i stukotem obcasów strażników patrolujących salę. Werfen Ol'loth stał przy długim kamiennym stole oddzielającym salę od urzędników. Fioletowy płaszcz spływał po jego zbroi, połyskując w świetle kryształów zawieszonych pod sklepieniem. Chwilę później drzwi otworzyły się bezszelestnie, a do wnętrza wkroczyła Quarala'triel. Kroki jej były miękkie, niemal bezdźwięczne, a w oczach tliło się zmęczenie po niedawnych wydarzeniach. Fioletowa poświata rozświetlała jej obsydianową skórę, gdy zbliżała się wolnym krokiem do Fechmistrza Domu. Nie zdążyła jednak nic powiedzieć, gdy do budynku wszedł posłaniec. Mężczyzna pochylił nieznacznie głowę przed Werfenem, okazując mu należyty szacunek. Matka Opiekunka wzywała Fechmistrza natychmiast. Werfen skinął głową i bez chwili namysłu ruszył w stronę wyjścia, zostawiając Quarala'triel w chłodnym cieniu kamiennych filarów. Wychodząc polecił, aby cierpliwie na niego poczekała.



Czas mijał powoli. Fioletowe światło kryształów drgało leniwie, a mroczna elfka trwała w milczeniu, wpatrując się w obsydianową posadzkę. Gdy Werfen powrócił, jego spojrzenie było zimne i twarde jak stal, którą zwykł władać. W jego głosie nie było emocji, gdy przekazał słowa Matki Opiekunki. Kapłanka nakazała im powrócić do ruin Upadłego Domu, odnaleźć Maga Domu i sprowadzić go żywego przed jej oblicze.



Podziemne korytarze przywitały ich ciszą, którą co chwilę przerywały krople wody rozbijające się o kamienną posadzkę. Werfen kroczył jako pierwszy, dzierżąc w dłoniach buławę i trójkątną tarczę, która odbijała nikłe światło kryształów osadzonych w ścianach ruin. Quarala'triel poruszała się za nim, z pudao w dłoni, płynnie jak cień, z gracją typową dla ich rasy. Z mroku przed nimi wyłoniły się sylwetki – zniekształcone postacie mrocznych elfów z upadłego domu. Werfen zamachnął się buławą, a jej uderzenie rozniosło się echem po korytarzu. Quarala'triel uniosła broń i w ułamku sekundy przecięła powietrze. Ostrze zatoczyło półkole. Ich ruchy były zgrane, jakby od dawna walczyli razem. Z głębi ruin wypełzły pożeracze umysłów. Ich ciała drżały od potęgi telepatycznych fal, które próbowały wedrzeć się do umysłów intruzów. Quarala'triel wypuściła z ust cichy szept inkantacji. Ziemia pod stopami przeciwników pękła, a z rozłamu buchnął ogień. Płomienie objęły ciała bestii, które z sykiem nikły w oparach pozostawiając odór spalenizny. Werfen ruszył naprzód, torując drogę przez gruz i popiół, coraz głębiej, ku sercu ruin.



W końcu dotarli do obszernej komnaty, tej samej, w której Quarala'triel stawiła czoło Drugiemu Synowi. Powietrze było ciężkie, przesycone nieznaną, potężną magią. W samym środku sali czekał Fechmistrz na usługach Maga Domu. Spojrzenie miał twarde i nieustępliwe. Gdy zbliżyli się, ostrzegł ich, aby zawrócili. Jego głos był nienaturalny, jakby przemawiała przez niego obca siła. Słysząc sprzeciw ze strony przybyszów uniósł broń i skoczył w ich kierunku przystępując do ataku. Quarala'triel uderzyła drzewcem pudao w kamienną posadzkę. Z pęknięcia buchnęła energia, a z niej wyłonił się demoniczny sługa. Ryknął, wypełniając salę echem, i ruszył na przeciwnika. Fechmistrz próbował odeprzeć atak, lecz jego ciosy ślizgały się po ciele demona niczym po cieczy. Werfen wykorzystał okazję. Unosząc buławę zadał potężne uderzenie, które trafiło przeciwnika w głowę. Dźwięk pękającej czaszki rozniósł się po sali, a Fechmistrz runął na ziemię. Leżał, wciąż przytomny, próbując sięgnąć po broń. Quarala'triel podeszła powoli, niemal z gracją, a cień uśmiechu przemknął po jej ustach. Uniosła pudao, obróciła je w powietrzu i z impetem opuściła ostrze do dołu, przytwierdzając ciało przeciwnika do kamiennej posadzki. Gdy krew trysnęła ku górze rosząc jej twarz. Demon rozpłynął się, wracając do Otchłani.



W rogu sali znajdowała się mniejsza komnata, oddzielona od reszty pomieszczenia kamiennymi ścianami i kratami ze stali. Z jej wnętrza dobiegały szeptane słowa – modlitwa, inkantacja lub klątwa, których znaczenie ginęło w półmroku. Zbliżyli się. Za kratami ujrzeli sylwetkę Maga Domu Ol'loth. Jego oczy lśniły w ciemności niczym rubiny. Nie próbował walczyć. Jego głos był chłodny, gdy wypowiedział słowa ostrzeżenia – dni Quarala'triel były policzone. Chwilę później jego ciało przybrało formę cienistej smugi, która przeniknęła przez kraty i rozpłynęła w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie echo szaleńczego śmiechu. Komnata znów spowita została ciszą. Fioletowe światło kryształów pulsowało słabo, jakby drżało w obliczu tego, co miało nadejść.