Utracone wspomnienia

Zaczęty przez Aion, 2006 11 07, 18:07:55

Poprzedni wątek - Następny wątek

Aion

Historia ta dluga jest i nie kazdego moze zainteresowac... mam nadzieje jednak, ze bedzie wartosciowa lektura...

POCZĄTEk...
Aion Estela Aldaron
W pierwszych dniach roztopów w czasach, kiedy na ziemi wśród drzew żyły Pierwsze Elfy, kiedy nic nie mąciło spokoju, a świata strzegli strażnicy mieczy - Wówczas to urodził się pierwszy z potomków Nomin'dae (Cień Mądrości) - Vendorlian. Spokój na Ziemi trwał niczym niezmącony, do czasu, kiedy Zło powoli rodziło się z myśli Mroku. Tworzyło swoje siły.  W mrokach gór u źródeł Cienia.
Krainy stopniowo poróżniały się, Pierwsze Elfy powoli rozeszły się. Niektóre z nich podążyły ku oceanom - by w nich odnaleźć Ukojenie i spokój - tak powstały Elfy Morskie, dziś zwane nimfami. Niektóre elfy odeszły w cienie gór, żyjąc wśród Karłowatych drzew. Z dala od innych ras, tak narodziły się Duath... Cienie. Wiele wieków później niektóre z nich przeszły Ogniste Góry wkraczając do Cienistych Lasów, i tak żyjąc w grotach, w mroku jaskiń i wśród Mrocznych Drzew stały się
Mrocznymi Elfami, Mori'ligrim, Drowami. Ponad tysiąc lat później, kiedy Strażnicy Mieczy polegli w Wojnie Przymierza. Kiedy Rasa ludzi stała się słaba i próżna. Kiedy krasnoludy poróżniły się z elfami, i wreszcie, kiedy po raz ostatni ludzie i elfy zawarły przymierze walcząc przeciw rodzącym się Mrocznym Rasom, przeciw Drowom. Wówczas to Vendorlian poległ zostawiając jedynego potomka Latriala zwanego później Szeptem Wiatru, który przewodząc Pierwszym Elfom oddalił
Się w kierunku Lasu Słońc, dając początek Leśnym Elfom, dziedzicom prawdziwej potęgi elfów. Świat rodził się na nowo, wyłaniał z mroku wojny, inny niż dawniej. Gdzie więcej było cieni niźli miejsc jasnych i pogodnych
Gdzie w serca nieśmiertelnych elfów wkradał się strach. I powoli słabła siła elfów. Latrial poślubił Tyries - księżną z Nathanu, dając wątłe nadzieje na poprawienie sytuacji elfów. Z ich małżeństwa narodziło się troje dzieci - Astrilian, Am'Arda oraz Tohlivien. Zanim osiągnęli oni swoja dojrzałość;
Latrial wraz z Tryies odeszli wraz z jesienna mgła udając się w stronę Srebrnych Portów, zabierając ze sobą zapomniane skarby i Prawdziwe Runy. Ich potomkowie stali się założycielami królewskich rodów, wywodząc się bezpośrednio od Pierwszych
Elfów, znający Stara Mowę, wszyscy rozproszyli się po krainach świata.
Tohlivien osiedlił się w Zapomnianych Krainach (o nich to skupie się, kiedy mowa będzie o Aionie Estela Aldaron, Sylmraienie i ich rodzinie), Jego rod zwany był Aldaron z Nathanu gdzie nieliczni jej mieszkańcy pamiętali Tyries.
Przez wieki ród Aldaron żył niezauważony i zapomniany. Wśród elfów z Nathanu gasła pamięć przeszłości. Stara Mowa znikła niemal zupełnie i tylko wywodzący się bezpośrednio od Tohliviena potomkowie potrafili nią władać i to nie wszyscy biegle. Drugi syn Tohliviena; Deanerys odziedziczył po ojcu Nathan, kiedy ten odszedł za granice Zapomnianych Krain. Z biegiem lat, Drowy pchane rządzą posiadania bogactw, a ich umysły podsycane starymi baśniami o bogactwach Elfich Dworów, dotarły aż pod brzegi Nathanu. Wpatrzone z zazdrością w elfy zadały zemsty.
Elfy połączyły się stawiając czoła najeźdźcom i odparły Mroczne Elfy. Legenda głosi, że w bitwie uczestniczył syn Deanerysa  - Aivvan, który wziął w niewole Drowa kobietę. Pieśni nadają jej dwa imiona - Vea lub Arie. Historia mówi o tym, iż Pan Niebios - Anubis - sprawił, iż Drowka na jedną noc oddala się Aivvanowi odzyskując dwa lata później wolność. Tamtej nocy poczęli się, Lastran i Rilian, władali wspólnie Nathnem, aż do czasu, jak głosi legenda narodzin; Lajanela, który urodził się w noc przesileń, kiedy słońce zasłonięte zostaje księżycem i zapada ciemność.

(legenda o mieczach strażników - fragment)

(...)Koga cicho zbliżała się do nabrzeża. Widoczna z oddali latarnia oświetlała jasno morze wskazując jej drogę. Stojący na rufie czarodziej czul się dziwnie niespokojny. W pewnej odległości za nimi płynęło dziewięć okrętów pod bandera
Królestwa Brittanii. Wiozło na front ponad piec tysięcy żołnierzy gotowych walczyć dla państwa, z którym niewiele miało wspólnego, gotowi oddać życie dla zasad niemających znaczenia. Walczyć mieli jednak o swoja przyszłość, o porządek i spokój, który możliwy mógł być tylko wówczas, gdy osiągnie się zwycięstwo, walczyć mieli o pokój Sosarii. Woda cicho szemrała pod rufa, mroczna i nieprzejednana była spokojna. Wiatr tylko, wiejący lekko z północy, wzburzał tafle, na której pojawiły się niewielkie fale. Śnieg powoli topniał, lód, który skuwał cała zatokę w Yew, teraz stopniał i tylko wielkie kry unosiły się gdzieniegdzie.(...)

Czy to właśnie o tym mieszkańcu kraju wspominali tak często. Czy Sosaria była tą kraina pierwsza, dokąd udawały się wszystkie elfy?
Dalej czytamy w legendach o Cieniu:

(...)Woda zafalowała delikatnie w jednym miejscu, Chwile później tafla wypiętrzyła się tworząc stożek. Nie zdążyli zareagować, kiedy stożek uformował się w kobietę, cała przezroczysta, odziana w długa suknie zlewającą się z powierzchnia wody. Aion przypomniał sobie podobna sylwetkę, zobaczył ja po raz pierwszy w Ankhal kiedy Vigo wydobył moc z miecza. Czekali nieruchomo. Kobieta powoli zbliżyła się. Witaj strażniku. - Ozwał się melodyjny dźwięk w głowie elfa. – Przybyłeś razem z przyjaciółmi aby przejść przez bramę wody.-Kobieta zamilkła. - Nic nie mówisz.... Rozumiem... żeby przejść dalej musicie dać mi święte jabłko. Rośnie ono na drzewie życia w krainie zwanej Nuem.
Usłyszeli to już wszyscy. W dłoniach kobiety pojawiło się błękitne ostrze.
Kobieta spojrzała na elfa - w jego głowie odezwały się glosy, wśród nich był ten jeden. - Twoje serce tak wolno bije Aionie...- kobieta położyła swoja dłoń na piersiach elfa. Twoje serce pełne bólu... i cienia... - Aion nagle poczuł jak pod wpływem dotyku kobiety cale jego ciało staje się gorące. Serce zaczęło bić szybciej. Wtedy zdał sobie sprawę ze po policzkach płynął mu łzy.
- Spotkasz kiedyś mnie... Pamiętaj o nimfie Nerin. Ja nie zapomnę o Twojej miłości... zachowam Aionie Twoje serce - nagle uścisk kobiety wzmógł się.
Po ciele Aiona przeszła fala zimna i mrozu. Aion dostrzegł swoje odbicie w lustrze wody. - Twoje serce Aionie biedzie bić dla mnie, staniesz się podobny do gwiazd, które odbijają się nocą w tafli jeziora. Będziesz ich strzegł a one twego serca. - Aion z przerażeniem obserwował jak jego ciało staje się zimne, jak jego dłonie staja się powoli blade, jak przybierają odcień srebra. Aion padł na kolana... -
Pamiętaj o Cieniu - Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo. To jego zasługa, pokochałeś mnie a wraz z nim Cień, nos swoja chorobę i klątwę i to brzemię. Twoja dusza skazana jest już... przeznaczona złu. Aion zacisnął zebu. W głowie słyszał huk bicia swojego serca. Brzmiało dziwnie... zdał sobie sprawę ze bije bardzo wolno. Miarowe dum dum... Rozrywało go od środka. Aion spojrzał na swoje blade ciało... jego źrenice stały się również białe.
- Nigdy... - Wyszeptał. - To nie dusza kieruje nami tylko serce... (...)


Aion pisze w swoich pamiętnikach, do których dotarłem po wielu latach poszukiwań, już wiemy ze dotyczy to wydarzeń dużo wcześniejszych niż te
zapisane w Mieczach Strażników:
Czując na sobie spojrzenie martwych oczu, mroźny dotyk śmierci. Kiedy ciemności zgęstniały tak bardzo, ze powietrze stało się tak ciężkie ze z trudem można było oddychać. leżałem bez ruchu wpatrzony w wyłaniający się strach.
Wsłuchany w szaleńczo wolne bicie serca; trwałem w bezruchu i oczekiwaniu. Dziwna cisza, jaka tej nocy nastała podsycała tylko moja wyobraźnię. Słyszałem zewsząd szepty, których nie było. Widziałem twarze, których nie znalem, a wszystkie
Przepełnione bólem i strachem, wpatrzone martwo we mnie. Czułem na sobie jeszcze jedno spojrzenie, wzrok Cienia badał mnie i pochłaniał. W pokoju zrobiło się lodowato zimno. Tej nocy nie zmrużyłem oka. Pamiętam ze ranek wstał mroczny i wilgotny. Słonce pełzło powoli po nieboskłonie z trudem przebijając się przez mgłę. Blade promienie przenikały przez okiennicy delikatnie rozpraszając ciemności. Pomimo światła, wspomnienie nocy nie odchodziło. Owo dziwne słonce, które wpełzło do mojego pokoju tylko spotęgowało mój strach. Wstałem ociężale z łóżka i powoli podszedłem do drzwi zostawiając za sobą pogrążony w półmroku pokój a wraz z nim moje lóżko, szafki, kozetką, biblioteczkę. Nic nie było takie jak poprzednio, skrzypnięcia desek w holu na piętrze i szczek zamykanych za sobą drzwi wydawały się obce.Nawet błękitny dywan na schodach zdawał się tonąc w mroku. Powoli schodziłem w dół ku salonowi gdzie zwykli przesiadywać goście na ogromnej skórzanej sofie ustawionej naprzeciw kominka.
Nie zastałem tam nikogo, ściany usłane regałami wypełnionymi książkami otaczały mnie niby mędrcy wpatrzeni w swojego ucznia.
Strach przejął nade mną kontrolę. Obszedłem cały dom nie zastając w nim nikogo. Czekałem do nocy, siedząc przed płonącymi kłodami na palenisku. Wraz z mrokiem ogień przygasł niespodziewanie a nim wybiła północ tuż za sobą wyczułem obecność...  cos stało za mną. Cień zjawił się znowu i zdawał się szydzić ze mnie. Zaczął się dla mnie nowy czas, Czas Próby.
Tej nocy wszystko się zmieniło. Zobaczyłem znaki, wszędzie na suficie, podłodze, regałach. Delikatnie połyskiwały szkarłatem w mroku - znaki których nie rozumiałem. Przerażenie ogarnęło moje ciało. Zerwałem się na nogi i wybiegłem na dwór Mijając po drodze domy, w których ziały czarne otwory okien niczym spojrzenia pradawnych potworów.
Nie paliło się żadne światło. Błysnęło na nieboskłonie i rozległ się przeciągły grzmot. Z nieba zaczął padać rzęsisty deszcz. Minąłem w biegu ogromny posag stojący od czasów Latriala i Tyries, w świetle kolejnej błyskawicy pojawiły się na nim kolejne znaki. Dobiegłem do granicy lasu, w mroku potykając się o zwały błota - biegłem zanim drzewa nie zamknęły mnie wokół.
Dopiero wtedy, przemoczony, zmarznięty i przerażony przystanąłem na chwilę i wtedy tez pojawiły się postaci. Ubrane w postrzępione rzeczy, z twarzami bladymi, kolor srebra; innych od tych jakie maja wampiry ze srebrnymi oczami wbitymi tępo we mnie; stały w miejscu to ginąc w ciemnościach to znowu pojawiając się. A w każdej z nich wyczuwałem cień. Byli to zapatrzeni w gwiazdy. Ci, których wzrok nigdy nie spoglądał na ziemie... jeszcze nie wiedziałem, ze podzielę kiedyś ich los.

Z Mieczy Strażników
(...)Noc w Yew nastała niespodziewanie. Ogromne, ciężkie chmury zasnuły niebo i przesłoniły słońce. A była to noc zimna i ciężka, zwiastująca zmiany. Idgi jeszcze raz sprawdził czy niczego nie zapomniał poczym pośpieszyłna dół do sali, w której już na niego czekali. Krasnolud stanął w wejściu i spojrzał na ludzi siedzących za długim stołem w sali zebrań. Z miejsca przy kominku podniósł się Vigo. Zdawał się być zmęczony i starszy niż zwykle, twarz miał jakby bledsza a zmarszczek więcej. Uśmiechnął się krzywo i zatrzymał obok krasnoluda. - Jesteś pewien, że chcesz iść sam?(...)

I Rzecz o Aionie i podróży

Nie zobaczyłem więcej Nathanu, elfów. Wiedziałem, ze ciemność w domach nie jest przypadkowa, ze z jakiejś przyczyny elfy odeszły wraz z Cieniem. Wspomnienie moich rodziców odtąd towarzyszyło w mojej wędrówce. Rodziły się pytania, na które nie znalem odpowiedzi. Część prawdy o mnie znają prastare Drowy i być może potomkowie Aivvana. Nie wiem dlaczego odtąd Cień zawsze nasuwał mi na myśl drowy. Czy to była również ich sprawa. Czy to ich klątwa, czy klątwa ich boga na mnie spoczęła z winy moich przodków...
Początek mojej podroży zaczął się w momencie, kiedy stojąc na skraju lasu, otoczony przez dziwne spojrzenia historii, Czując obecność legend. Odwróciłem się plecami od domostw, ubrany w przemoczone rzeczy i ruszyłem przed siebie.
Miąłem wtedy szesnaście lat, uzbrojony w nadzieje niosąc ze sobą pozostałe dziedzictwo rodu Aldaron, ruszyłem w poszukiwaniu pozostałych wywodzących się w jakimś stopniu z naszego rodu - Nomin'dae. Mając przed sobą ginącą w mroku leśną
drogę, skierowałem się w kierunku odległych Ognistym Szczytom. Droga niosła mnie przez rożne krainy, napotykałem rożne stwory  - jedne dobre inne złe. Zawsze w mojej wędrówce towarzyszyli mi Cień, który stal się moim stróżem i zguba jednocześnie. Tylko raz dane im było poczuć się znowu bezpiecznie. Tylko raz, kiedy drogi moje skrzyżowały się z Nerine, która oddala mi cześć siebie dla krótkiej chwili szczęścia i radości, potem odeszła pozostawiając wspomnienia i nowa nadzieje..
Wraz z nią w moich myślach narodziła się historia mojego życia, zapisana przeze mnie w kilka strof, które odtąd stały się pragnieniem zbawienia.

W głosach nocnych kłótni miłości
Wlać w serce zimne marzenia
Przytulać się obok w pustkę tęsknoty
Łzami poranek przywitać

W żalu dla siebie juz tylko oddychać
Przemykać cieniem przez życie
Jak motyl umrzeć szybciutko
Za późno pragnąc powrotu
Wszystko poświęcać

Z obawy przed słońcem nocą oczy zmrużyć
Bezradnie łkać łykając bezsenność

(...)Nawet nie zauważył kiedy upadł. Widział tylko strzale lecącą w jego kierunku, potem nastąpiło szarpniecie.
Otworzył oczy. Zobaczył pochylającą się nad nim sylwetkę Velda. Wzrok przesłoniła mu ciemność. Widział w niej wybawienie. Przestał słyszeć cokolwiek. Chwile później pojawił się pierwszy obraz. Widział ojca stojącego obok niego, potem zobaczył Tyries siedzącą obok w koi na pokładzie Reosa kiedy płynęli Nitronderem do Kardos. Zaraz po nim pojawił się obraz obrony Brutt, po nim podroż do Vesper, jezioro Tohvilla. Usłyszał dźwięki, zdał sobie sprawę, że to odgłosy bitwy.
Wytężył wszystkie siły. W końcu dostrzegł pole usłane ciałami wojowników tratowanymi przez walczących ze sobą ludzi.
Widział jak powoli napór czarnej armii maleje. Z chwila, kiedy Scal zginał przepadła moc wspierająca mroczne oddziały.
Wszystko jednak widział z góry, dostrzegł siebie i pochylające się nad nim postaci Velda, Gulla i Gusta. Daleko na strzelistej skale, obok Viga stała Liv patrząc na niego, po jej policzkach toczyły się łzy.
To wszystko odchodziło. Powoli zasnuło się mgłą. Veld i Gull złożyli na piersiach Aiona błękitne Ostrze Strażnika i podnieśli go do góry. Po chwili dołączyli do nich inni wojownicy, by nieść najodważniejszego strażnika, który odchodził.
Tak odszedł ostatni strażnik.
Poczuł jeszcze jak unoszą jego ciało dostrzegł przez chwile ogromny smutek w oczach Liv i diamentowe krople łez płynących z jej prześlicznych zielonych oczu. Na niego czekała Nerine.



Jednak kronikarze z Nuljhem są skorzy do innej teorii, którą z wielką chęcią prezentuję. Z pozoru zawiera ona inne fakty, które w gruncie rzeczy stanowią uzupełnienie, niezapisanych kart...

Przeraźliwy ból rozrywał jego ramię. Obudził się zlany potem, oddychał ciężko. Przed oczyma świat wirował mu, wybuchał ferią kolorów. Musiał zebrać się w sobie. Gdzie był? Skupił swoje myśli. Taknath... Przemknęło mu szybko. Tania gospoda nieopodal rynku, obskurny pokój, koślawe łóżko
Zagryzł wargi, czuł w ustach słony smak krwi. Drgawki powróciły znowu. Trząsł się, uderzył stopami w tylną deskę łóżka, przytrzymującą siennik. Potem zesztywniał i ból zaatakował jeszcze silniej. Ręka spuchła mu już zupełnie. Czuł jak odrętwienie wędruje ku szyi. Nie mógł umrzeć. Z trudem stoczył się na ziemię. Widział przed sobą stół a na nim ustawione flakony. Przymknął oczy. Zaczął się czołgać. Centymetr po centymetrze. Coraz bliżej. Z trudem dotarł do krzesła. Pot spływał po jego ciele znacząc podłogę mokrymi plamami. Z trudem uniósł się na siedzisko krzesła. Po trzech próbach próby wstania w końcu udało mu się unieść. Spojrzał na flakony, coś zamigotało przed oczyma, wśród butelek pojawiły się węże. Nadchodziły halucynacje. Musiał się pospieszyć. Sięgnął ręką, nogi dygotały mu, brakło sił; i nagle poślizną się, wylądował na podłodze. Czuł jak oparcie pod jego plecami zaczyna się obracać, z trudem łapał powietrze, przez spuchnięte, spuchnięte gardło nie przenikało nic prócz krwi. Przeturlał się na brzuch, wsparł się na łokciach, podciągnął kolana pod klatkę piersiową, siedział tak chwile, beznadziejnie skulony, cały trzęsący się, przygryzł sobie język, krew buchnęła na podłogę. Chwycił krawędź blatu i podciągnął się. Dostrzegł flakon, wysunął rękę, nagle stał się jeszcze bardziej zwiotczały. Ból przenikał całe jego ciało tysiącem rozżarzonych ostrzy. Ręka opadła mu na stół, po policzkach spływały mu łzy. Zebrał w sobie resztki sił, szarpnął ręką i o podłogę stuknęły spadające flakony. Aion padł na posadzkę. Leżał na boku, przed sobą widział zakorkowaną buteleczkę, jego azyl. Leżała w odległości dwudziestu centymetrów od jego głowy. Nie mógł niczym poruszyć, ból paraliżował każdy jego mięsień. Czuł tylko krew wypływającą z jego ust razem z białą pianą. I łzy, łzy smutku i rozpaczy, tęsknoty i samotności. Zamknął oczy. Już dawno nauczył się nie krzyczeć.
Coś nagle ustąpiło, na krótki moment, wystarczyło jednak żeby niespodziewanym przypływem ulgi sięgnąć po buteleczkę, wyciągnąć korek zębami i wypić kilka łyków lekarstwa. Aion czuł jakby w jego gardło wlewano wrzącą smołę, całe ciało płonęło, ból jednak stopniowo ustępował, znał to uczucie od bardzo dawna. Był mokry od potu. Leżał wyczerpany pośrodku podłogi. Powoli spłynął na niego sen.  
   
   Obudził się w południe. Spojrzał na bałagan w pokoju. Czuł się dużo lepiej. Zdobył się nawet na uśmiech. Śmiał się już sam do siebie... to z samotności; zawsze sobie tak powtarzał. To była jedna ze stron klątwy, podarunku – przemknęło mu przez myśl. Otrząsnął się szybko z ponurych wspomnień. Posprzątał szybko pokuj. Miał sporo czasu, żeby załatwić to, co musiał. Mógł to zrobić nawet za kilka dni. Miał dość lekarstwa, żeby przetrwać trzy może cztery dni.
Otworzył na oścież okno. Uderzył go zapach majowych traw. Słyszał gwar rozmów prowadzonych w różnych językach. Był tu kilka razy wcześniej, ale nie lubił tego miejsca. Zawsze było tu pełno ludzi. Ciężko było znaleźć jakieś ukrycie, spokojny kąt, w którym mógłby pomyśleć.
Słońce stało już wysoko, gospoda, w której był nie należała do specjalnie opływające w luksusy; miała jednak ten przywilej, że znajdowała się nieopodal rynku i była niedroga. Wybrał pokuj na drugim piętrze, w ten sposób miał z okna bardzo ładny widok. A ponadto w przypadku ataku bólu nie było nikogo nad nim, nikogo, kogo mogłyby zaalarmować hałasy dobiegające z jego pokoju.
Aion ubrał się szybko. Wyszedł z pokoju, zbiegł schodami na dół. W połowie drogi zaniepokoiły go dziwne hałasy dobiegające z dołu. Przystanął w miejscu, kiedy znalazł się u stóp schodów. W sali biesiadnej znajdowało się mnóstwo osób. Wszystkie obarczone ogromnym bagażem, każdy z instrumentem w pokrowcu, harfa, gdzie indziej lutnia, flet. Ruszył dalej powoli. Przecisnął się do lady, za którą stał gospodarz lokalu, kończył właśnie księgowanie ostatniego gościa. Aion podszedł bliżej, uśmiechnął się blado, skinął głową. Wyglądał jak zawsze sztucznie, nieprzyjemnie. Podrapał się po głowie i uśmiechnął sam do siebie widząc jak zawsze niepewną na jego widok minę.
- Co się dzieje gospodarzu? – Zapytał robiąc jednocześnie szeroki ruch głową wskazując panujący wokół harmider, który nasilał się z każdą chwila. Goście zaczęli wchodzić na górę, inni schodzili po schodach. Ktoś nagle kogoś potrącił, zaczęła się jakaś awantura.
- To pan nie wie – odezwał się gospodarz, był mężczyzną w sile wieku, grubym i czerwonym. Stał zasapany przecierając chusteczką wilgotne od potu czoło – toż dzisiaj zaczynają się zawody. – Chrząknął coś jeszcze ale Aion nie dosłyszał.
- Zawody? – Aion uniósł brew – nie bardzo...
- Toż Mistrzostwa o Srebrną Harfę – wysapał – o najpiękniejszą pieśń.
- Aaaa – Aion skinął głową dając znak, że rozumie. Nawet kiedyś obiła mu się o uszy podobna  informacja.
Zamówił śniadanie. Zjadł je pospiesznie i wyszedł na zewnątrz.
Jak na wczesnomajowy dzień; słońce świeciło bardzo mocno i było koszmarnie ciepło. Nie było żadnego śladu po burzach ostatniego tygodnia. Trawa zieleniła się na łąkach, kwiaty na drzewach zrzucały już płatki. Ogrody mieniły się mnóstwem kolorów. Aion szedł niespiesznie aż dotarł do obszernego placu, który był centrum miasta. Plac był wybrukowany, otoczony od zachodniej strony uroczym parkiem, poprzecinanym alejami, w którym stały pięknie rzeźbione ławki. Od pozostałych stron plac otoczony był wysokimi kamienicami pomalowanymi pstrokatymi kolorami, czerwienią, kaszmirem, purpurą. Na więźbach dachowych pobliskich budynków pozaczepiane były ogromne wiklinowe kosze, z których ku ziemi opadały girlandy wielokolorowych kwiatów.
Aion zanotował to w myślach jako miły widok, co równie dobrze oznaczało nieciekawy, pozbawiony niebezpieczeństw aspekt okolicy, którym nie należało nazbyt się przejmować ani zachwycać, a tym bardziej zaprzątać sobie głowę. Zdziwił się, że przez tyle lat nie zmienił sposobu myślenia. Złapał się na tym, kiedy obserwował niewielki tłum ludzi zbierający się nieopodal drewnianej estrady ustawionej dokładnie pośrodku placu. Szukał wśród ludzi potencjalnego zagrożenia, wiedział jednak, że nie znajdzie tam nikogo. Już dawno zapomniano o jego zwycięstwie, wygranej, Już dawno nikt nie interesował się jego podarunkiem, jego bólem. Od setek lat... pomyślał. Postanowił usiąść na pobliskiej ławce i chociaż przez krótką chwilę rozkoszować się promieniami słońca. Zachwycić się okolicą. A chociaż spróbować zrobić to.
Siedział bezczynnie. Patrzył na kwiaty, kobiety mijające go z uśmiechami na twarzach. Widział piękne elfy, krępych krasnoludów, roześmiane twarze niziołków. Nic nie potrafiło przykuć jego uwagi. Wzruszył ramionami i machinalnie patrzył się dalej. Pozbawiony wszelkich myśli i uczuć.

Dzień Pierwszy.
Na placu było mnóstwo osób. Znakomita większość ubrana pstrokato. Dostrzegł malarzy i rysowników portretujących przechodniów. Większość obecnych wokół była po prostu gapiami. Bliżej estrady stali artyści; jak zwykli się nazywać. Dla Aiona byli niczym więcej jak tylko krzykaczami i awanturnikami, którzy oprócz talentu głośnego mówienia i wrzeszczenia jeden przez drugiego nie posiadali większego talentu, od zwykłego bywalca pierwszej lepszej karczmy. Uśmiechnął się do siebie...
Kobieta była wysoka, miała jasne włosy spięte wysoko w koński ogon. Była atrakcyjna, zielone oczy miała wbite w mówce, bawiła się monetą, która wędrowała szybciutko po jej paluszkach w jedną i w drugą stronę.
...obserwował jak do estrady podjeżdża wystrojony wielokolorowymi chustami wóz. Patrzył jak wysiada z niego kilku mężczyzn, jak wbiegają  szybciutko po schodach i jak po chwili spoglądają na zebranych z góry. Było ich trzech, czwarty został przy wozie. Dwóch szczupłych, jeden rudy drugi kruczoczarny. Ubrani w pstrokate bryczesy i luźne, jasne koszule. Spojrzenia mieli rozbiegane i lekko przestraszone. Uśmiech na ich twarzach był niepewny co najdobitniej przedstawiło tremę...
Była szczupła, karnację miała bladą, taką jak ludzie z Yew. Ubrana w ciemne, obcisłe bryczesy i jasną bluzę wiązaną rzemieniem pod szyją. Twarz miała pogodną i uśmiechniętą.
   ... trzeci był gruby. Uśmiech miał pewny. Co wyróżniało go od tamtej dwójki. Z pewnością mówca... pomyślał. Miał na sobie dziwny żakiet, rdzawo-brązowy, z dużymi niebieskimi bufonami na ramionach. Mężczyzna pogładził krótkimi palcami okutymi w pierścienie i sygnety, wąsik. Niebieskie ślepia wlepił w niewiastę stojącą najbliżej. Zamyślił się na chwilkę...
   Patrzyła z uśmiechem na grubasa. Przekrzywiła lekko głowę i nie przestając bawić się monetą, odsunęła się w cień pobliskiego drzewa. Oparta o pień obserwowała okolicę. Uśmiechała się szczerze i radośnie.
- Witajcie! – ozwał się grubas. Głos miał lekko piskliwy i skrzeczący co upodabniało go do ogromnej żaby.
Komedia... pomyślał Aion. Kiedy grubas wypowiedział pierwsze słowo odezwały się gromkie brawa, którym wtórowały wiwaty i krzyki. Mówca podniósł krótkie rączki prosząc o spokój informując jednocześnie, że zamierza zabrać głos. – Chciałbym powitać gości, którzy zjechali do nas z najodleglejszych krańców Sosarii jak i spoza granic kraju. Wszyscy tutaj jesteście by walczyć o Srebrną Harfę! – przerwała na chwilę. Zdążył się tą krótką frazą zasapać. Pot wystąpił mu na czoło. Ozwały się krótkie brawa, które mile połechtały ego grubaska. – Przed wami tydzień prac, tydzień który poświęcicie by napisać wspaniałą pieśń, by ułożyć najwspanialszą pieśń. Tematyka dowolna...
   ... słuchała go chociaż z pewnością słyszała to nie raz ani dwa. Ironiczny uśmiech, skierowany był w mówcę. Uśmiech kwitujący całą błazenadę. Wtedy dreszcz zmroził jego krew. Kobieta przykuła jego uwagę... w głowie zakręciło mu się od tysięcy myśli i wspomnień... zawody uważam za rozpoczęte...
Kiedy ocknął się zdał sobie sprawę, że kobiety już nie ma. Zastanowiło go czemu tak jej teraz szukał wzrokiem. Skarcił się w myślach i nawet uśmiechnął kwitując i ukrywając jednocześnie tym odruchem owo dziwne uczucie.

   Szła szybko przed siebie. ....

W pomieszczeniu ktoś był. Miała takie wrażenie odkąd się w nim znalazła. Rozejrzała się znowu dookoła. Nic. Wzruszyła ramionami. Spojrzała na spoczywającą w zielonoczarnym futerale harfę. Początkowo miała ochotę coś zagrać, potem jednak postanowiła od razu zabrać się do pracy. Miała dwa dni, żeby napisać coś naprawdę dobrego, musiała ułożyć jeszcze linie melodyjną... potarła dłońmi twarz. Ziewnęła. Na zewnątrz dopiero co słońce skryło się za horyzontem a jej już chciało się spać. Wróciła do sterty kartek, chwyciła pióro, umoczyła końcówkę w atramencie i zamyśliła się.
To powinna być pieśń o miłości. Lubiła o niej pisać, bo w ogóle w nią nie wierzyła. Była dla niej czymś równie abstrakcyjnym co mityczne smoki, które istniały tylko w legendach.
Wyciągnęła pióro... zamyśliła się znowu...  a może jakiś etos rycerski. Nie, zostanę przy miłości.
Ziewnęła znowu. Chyba się zdrzemnę; powiedziała sama do siebie. Rzuciła pióro na kartki nie przejmując się, że zrobi plamy. Podeszła do łóżka, ściągnęła piętami trzewiki i rzuciła się w posłanie. Ktoś był w pokoju. Tego była pewna. Zanim zasnęła wydawało jej się, że ktoś usiadł nad kartkami. Widziała coś jakby pióro samo nagle zaczęło pisać. Zasnęła. Śniło jej się coś dziwnego, coś czego jeszcze nigdy nie śniła. Wiedziała, że było piękne – kiedy jednak obudziła się nie mogła sobie przypomnieć co to było.
Otworzyła oczy i z przerażeniem zdała sobie sprawę, że na dworze słońce świeci już wysoko.

Aion szedł raźno przed siebie. Zwiększył dawkę leku niemal czterokrotnie ale i to nie pomagało. Zdobył cztery tygodnie wcześniej adres jakiegoś maga, który rzekomo potrafił mu pomóc.

Tekst zamazany

- Przykro mi – mag pokręcił ze smutkiem głową. Jego wiekowe oczy wpatrywały się w niego. – Nie potrafię tobie pomóc. Mogę jedynie złagodzić twój ból... jest za późno na leczenie – Aion westchnął. Przygotował się na to, mówił, że kiedy to usłyszy będzie twardy. Teraz poczuł jak łzy napływają mu do oczu. Z trudem je powstrzymał. Strzec spojrzał na niego i zamyślił się. Potem wyszedł do pokoju obok, po chwili wrócił niosąc olbrzymi flakon, - to jest krew Anktha, uśmierzy twój ból, nie wiem na jak długo. Elfy używają tego jako trucizny, smarują tym groty strzał. Ciężko to zdobyć a przygotować jeszcze trudniej. Niech tobie służy. Zażywaj regularnie,  zawsze rano i wieczorem, jedną miarkę. Nie więcej. Bo potem nie będziesz miał nic.


Dzień drugi.  
Wstała niespiesznie. Podeszła do stolika. Spojrzała na pióro. Leżało tak sam jak je zostawiła. Atrament poplamił wszystkie kartki, ogromna, czarna plama przesiąkła aż do dębowego blatu.
Nie mogła pisać. Cokolwiek napisała, od razu kreśliła. Słowa z trudem pojawiały się w jej głowie. Układanie fraz przychodziło jej z jeszcze większym trudem.
- Jestem Nerine – powiedziała z nutką przekory. Przyjrzała się uważnie twarzy elfa. Widziała w niej coś czego nie mogła pisać.


Dzień Trzeci
Po śniadaniu postanowiła iść na spacer. Nie miała jeszcze okazji zwiedzić okolicy a chciała to zrobić przed końcem zawodów.
Niemal od razu spostrzegła Aiona, mężczyzna siedział (****)  Zdała sobie sprawę, że nie może się skupić. Najpierw denerwował ją odgłos mechanizmu zegara a teraz te ptaki.

Atak nadszedł nagle, niespodziewanie. Był na niego przygotowany. Kiedy pojawiło się pierwsze drżenie i bóle, wypił lekarstwo. Rozkoszował się nim. Było cudowne, niesamowite. Ból niemal natychmiast znikł.

Zszedł na dół, zastał Nerine siedzącą nad rozłożonymi kartkami przy stole, który podsunęła sobie w pobliże kamiennego kominka. W palenisku płomienie skakały po szkapach trzeszcząc miło. Aion wsunął mały flakonik do kieszeni bluzy. Podszedł do kobiety. Nerine spojrzała na niego, uśmiechnęła się nieco sztywno; ale szczerze. Odwzajemnił uśmiech. Nie robił tego od dawna, z trudem zmusił mięśnie twarzy do posłuszeństwa. Dziewczyna posmutniała na widok niezdrowego grymasu, który pojawił się zamiast uśmiechu. Aion nie pozwolił na chwilę zastanowienia.
-   Mogę się przysiąść?
-   Proszę – kobieta uśmiechnęła się robiąc miejsce na ławie.
-   Jak ci idzie?
-   Niezbyt.. na razie tak naprawdę nawet nie zaczęłam – wykrzywiła usta w wyrazie bezradności.

Aion zadrżał. Poczuł jak krew odpływa mu z głowy. Wstał i chciał odejść szybko. Nadchodził atak. Nerine spojrzała na niego ze zdziwieniem.
-   Muszę... – Wyszeptał. Wtedy dopadł go spazm bólu. Padł na ławkę, wczepił palce w drewno, zaczął drżeć. Kobieta patrzyła na niego z przerażeniem.
-   Co ci jest?
-   Choroba – wydusił. Sięgnął po flakon. Odszukał go palcami. Wyciągnął powolutku. Drżenie nasiliło się. Stracił czucie w dłoniach. Flaszeczka podskakiwała mu na dłoni, w końcu z brzękiem upadła i potoczyła się. Pochylił się żeby ją podnieść. Uczyniła to szybciej Nerine, wyciągnęła korek i podała Aionowi. Elf wypił szybko zawartość Poczuł jak wraca spokój... (...)
-   Co ci się stało? – Patrzyła na niego mądrymi oczami.
-   Jestem chory... bardzo – wydusił z siebie – kiedyś dotknął mnie Cień..., pozostawił mi dar nieśmiertelności... Nie powinienem o tym mówić.. – Przerwał. Poczuł nagle, że bardzo chce z kimś porozmawiać. Że już tak długo z nikim nie rozmawiał. Potrzebował tego, Spojrzał na kobietę – w zamian otrzymałem cierpienie. Ogromny ból, na które nie ma już lekarstwa. Wszystkie zawiodły. Za późno chciałem z tym walczyć. – Przerwał, Nerine patrzyła na niego. Nie wiedział  co teraz myśli. – Przepraszam – powiedział i wstał. Ruszył szybko w kierunku schodów.

Nerine nie mogła powiedzieć ani słowa. Kiedyś już widziała te oczy, które na nią parzyły. Teraz sobie przypomniała we śnie. Była jednak pewna, że nie należały wtedy do Aiona. Zadrżała. Poczuła się dziwnie, jak nigdy przedtem. Współczuła mężczyźnie.

Leżał w łóżku niezdolny do ruchu. Nie z powodu ataku. Coś w nim nagle pękło. Otworzył się przed kimś. To go przeraziło. Nie potrafił sprecyzować tego co czuje.

Dzień czwarty
Z przerażeniem stwierdziła, że jak dotąd nie ułożyła nawet zwrotki pieśni, nie wspominając o melodii.
Ból minął. Leżał chwilę i czuł się coraz dziwniej. Zastanowił się. Nagle ból wrócił. Rzucił nim na podłogę. Aion wił się w spazmach... Czyżby lekarstwo nie pomogło... Może jednak go nie wziął dzisiaj jeszcze... Zagryzł wargi. Wypił łyk... nie więcej... Krążyły mu słowa maga... Nie pomagało, wziął jeszcze jeden duży łyk.
Płyn rozgrzał jego ciało. Zimno, odrętwienie i mrowienie mijały. Z ulga przyjął uczucie spokoju, niemal z błogosławieństwem. Spojrzał na flakon. Wypił niemal połowę. Przez trzy dni. Niemożliwe.
Aion siedział w samotności. Jego blada twarz była z pozoru spokojna. Patrzyła na niego. I nagle uświadomiła sobie, że czuje coś dziwnego. Coś, czego nie czuła wcześniej. Starała się odtrącić te myśli, jedna za każdym razem łapała się na tym, że to źle postępuję, że nie może tak postąpić.

Wiedział, że na nią patrzy, nie chciał żeby o tym wiedziała; on też o niej myślał. Wlepił tępo wzrok w palenisko i myślał. Znów czuł smutek, większy niż kiedykolwiek.
Tej nocy atak nie przyszedł. Po raz pierwszy od stu czterdziestu lat. Zasnął i śnił – po raz pierwszy od stu czterdziestu lat.

Dzień Piąty
Obudziła się, kiedy stary zegar stojący przy zniszczonej szafie oznajmił południe. Przetarła dłonią twarz. Spostrzegła, że cała ubrudzona jest atramentem. Spojrzała na kartki. Podniosła je do góry i zaczęła czytać...
Niesamowite... Przemknęło jej przez myśl. Wspaniale, udało się... Już chciała się zerwać i pobiec do Aiona oznajmić mu nowinę, kiedy nagle zdała sobie z czegoś sprawę. Przyjrzała się bliżej literom.
Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy pisała słowa, nie pamiętała tego... Poza tym. To nie było jej pismo...


Na dworze nagle pociemniało. Zbierało się na burzę. Nerine odłożyła kartki i podeszła do okiennic żeby je zamknąć. Wtedy znowu to poczuła. Odwróciła się błyskawicznie. Przy stoliku stała postać. Ubrana w czarny płaszcz z kapturem wpatrywała się w kartki.
- Jak ci się podoba? – Dobiegły ją słowa.
- Ty to napisałeś?
- Skąd... – Wydało jej się, że usłyszała coś na dźwięk śmiechu – TY to napisałaś... Ja tylko podałem tobie pomysł.
- Nie znamy się chyba...
- Owszem... Ale jak tekst. Bardzo ładny... Masz w sobie wielką zdolność... Brakuje tobie jeszcze melodii... Tak... – Spojrzał na nią z zaciekawieniem.
- Zamierzałam się za to właśnie zabrać... Więc jeżeli nie będzie pan miał nic przeciwko temu...
- Mogę tobie pomóc, jeżeli chcesz – spojrzał na nią czarnymi oczami. Było w nim tyle zimna i złowrogiej siły, że aż zatrzęsła się ze strachu. Przełknęła ślinę i zdobyła się na kilka słów.
- Nie dziękuję. Poradzę sobie – zamilkła. Nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Obcy wzruszył ramionami.
- Jeżeli będziesz potrzebowała mojej pomocy, pomyśl tylko o mnie a przyjdę i pomogę tobie... Potrzebujesz Złotych Nut. – Powiedział, odwrócił się i wyszedł zamykając za sobą cicho drzwi. Nerine stała niezdolna wykonać najmniejszy ruch. Dopiero teraz mogła normalnie oddychać. Zdała sobie sprawę, że przez cały czas, kiedy rozmawiała z obcym; wstrzymywała oddech. Przyrzekła sobie, że choćby nie wie, co nie pomyśli o tym obcym. Z zasady. Nawet nie wiedziała jak mogłaby sprawić by mężczyzna przyszedł do niej, kiedy o nim pomyśli, przyrzekła sobie jednak tego nie czynić.


Wtedy zdała sobie sprawę, że jej myśli wędrują ku obcemu. Że ma dość, że zaczyna się męczyć, miała wrażenie, że o wiele prościej będzie poprosić o pomoc obcego. Zerwała się żeby pobiec na dół i odszukać mężczyznę, odwróciła się. I stanęła wryta. Tuż przy niej stał nieznajomy. Ubrany w czarny płaszcz patrzył na nią z zainteresowaniem.

-   Ciekawi mnie, kim jesteś?
-   Jestem Telos Deanerys, arcymistrz muzyki – ukłonił się machinalnie, jakby był to gest dawno wyuczony. Było w tym tyle niedbalstwa ironii, ze wszyscy wokół spojrzeli po sobie z niesmakiem... (...)

Dzień szósty


Szli już dość długo. Róg Bekinashu zbliżał się powoli. W końcu rozpoczęli mozolną wspinaczkę pod górę. W oddali widzieli Szczyty Pięciu Sióstr, wierzchołki gór połyskiwały połacią lodowca, którego białe macki opadały niżej ku dolinom..

Aion oparł się o drzewo.
Okryła go kocami i czekała. Z każdą upływającą chwilą była bardziej niespokojna. Było jej coraz smutniej. Aion jechał w milczeniu. Jak zawsze. Z każdą jednak chwilą zaczynała się bać. Nie wiedziała, czemu. Już niedługo miała od obcego arcymistrza odebrać nuty.

Górska polana. Dotarli do niej, kiedy słońce zaczynało chylić się ku zachodowi.
- Twoja melodia, żeby ją stworzyć musisz Aionowi podać jego lekarstwo. Wtedy odkryjesz esencje złotych nut.

Aion spojrzał na Nerine; ona patrzyła w stronę strumienia. Zastanowił się. Wtedy nadszedł ból. Powalił go na ziemię. Jego ciało eksplodowało. Świat poszarzał. Zerknął na Nerine, trzymała coś w dłoniach, twarz miała dziwnie bladą. A oczy po raz pierwszy zdradzały niepewność, strach.
-   Lekarstwo... – Z trudem słyszał jej głos. Amulet zawisł nad jego głową, chwycił go. Wtedy ból nasilił się. Nerine drgnęła. Szybko wyciągnęła kartkę;
- Fatrie, beynd lisnst ae rgestew, Etr saer vist; Et se vile betr, - zaczęła recytować. Aion poczuł jak nagle uchodzi z niego coś ważnego. Z początku wydawało mu się że to choroba. Zabrakło mu tchu. Wtedy wiedział, że się myli. Przestań... Krzyczało jego wnętrze. Nie mógł nic powiedzieć. Nie mógł poruszyć żadnym mięśniem, czuł, odczuwał potworny ból. Słyszał i widział...
Gves weert, setrer, En sot et, Trer wes'a phere, - czytała dalej, złote nuty, pomyślała; spojrzała na Aiona, leżał spokojnie. Wtedy zmroził ją strach. W oczach elfa pojawiło się przerażenie, coś, czego nigdy jeszcze nie widziała, obraz potwornej męki, w nim dostrzegła też miłość, miłość do niej... złote nuty - Eeo, mye taher setil learsae, En se betr eaga, es taher learsare – czytała dalej. Coś paliło jego wnętrze, miał wrażenie, że jego ciało ulega zwęgleniu. Błagam... jęczał, krzyczał; nie wydobywał z siebie jednak dźwięków, pomimo tego krzyczał. Jeszcze chwila pomyślał.  
-   Rgestea et'ae vist, en solt et – Nerine skończyła czytać. Z wiatrem dobiegł ją krzyk Aiona, bardzo odległy. Elf leżał nieruchomo. Nie drgnął. Oczy łucznika stawały się powoli szkliste, twarz powoli bielała.
-   Nie... – Szepnęła, spojrzała na Cień, zło stało patrząc na nią, zło uśmiechało się do niej.
Nerine, spojrzała na Aiona, Uklękła.
Po policzkach powoli płynęły jej łzy. Toczyły się wolno, ogromne krople miłości i współczucia. Rodzącej się tęsknoty. Spojrzała na twarz elfa, dostrzegła na niej uśmiech, lekki; spokojny. Prawdziwy. Tak jakby nagle pozbył się wszystkich trosk. W otwartych oczach zastygły spóźnione łzy, srebrzyście połyskiwały odbijając promienie zachodzącego słońca.
Nerine spojrzała na czarną sylwetkę... Złote nuty.... Teraz patrzyła na nie. I już ich nie chciała. Pokochała Aiona, tak jak on pokochał ją. Chciała mu to powiedzieć. Cień powoli zbliżył się do niej. Stanął uśmiechnięty tuż przed nią. Podniosła powoli zapłakaną twarz ku niemu. Złote Nuty...
Nie chce...
Cień uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Teraz je weźmiesz... Sama je wybrałaś... Masz je, są Twoje. – Cień odwrócił się. Rozpierała go duma. Nerine spojrzała ponownie na elfa. Ułożyła jego głowę na swoich kolanach, jej łzy powoli kapały na twarz łucznika. Złote Nuty... To nie są one; pomyślała. Wiem, czym są Złote Nuty... Zamknęła oczy, jej ciało przeszył potworny ból. Złote Nuty... Świat nagle zawirował, jej wnętrze eksplodowało.
- Nie chciałam... – Szepnęła. Chwyciła chłodną dłoń elfa. Ból był nie do zniesienia, trawił jej ciało. Cień obserwował. Zamyślił się na chwilę, z twarzy zniknął uśmiech, tylko na chwilę, potem zrozumiał. To też przewidział. Nerine powoli zamieniała się w wodę, słyszała jeszcze jak wiatr niesie jej pieśń, potem spłynęła cichutko do strumyka i ze szmerem po kamyczkach znikła. Po chwili ciało Aiona znikło wśród traw i powędrowało ku dźwięcznej wodzie tam dokąd zmierzała Nerine. .  

Pan Umarłych; szatan... Cień stworzył piękną pieśń, nazwał ją później.
Na polanie, tuż nieopodal strumyka pojawiły się dwie jabłonie, symbol miłości.

Pragnę również przytoczyć przekaz nieznanego autorstwa, który jednak w ramach moich badań okazał się być zapiskiem przełomowym.
Siedział on tedy samotny, po przebudzeniu, wśród zawodzenia lodu i jęku skal.
Spojrzenie powoli wodziło po spokojnej, mrocznej tafli wody.
W głowie tylko wciąż słyszał szepty mrozu, które niczym ostrza
Wpijały się w jego ciało, raniąc dusze.
Widział jak jego skora powoli traci swój żywy kolor, jak dniem za dniem skora upodabnia się do lodu. I potem przestał cokolwiek słyszeć, cokolwiek widzieć.
I tylko słowa kłębiły się w jego głowie. "Poniesiesz karę za to uczucie, poniesiesz karę za miłość do nimfy, która morzu przeznaczona jest"
Ciało Aiona zadrżało mocniej, jego dłonie w rozpaczliwym geście ratunku kurczowo zacisnęły się na piersiach, elf odchylił głowę w tył z trudem łapiąc powietrze. Słyszał w skroniach głuche dudnienie krwi, które niemal rozsadzało go od wnętrza. Pierwszy lodowaty mróz poczuł chwile potem. Nie był to jednak mróz, jakiego doświadcza się chwytając kawałek lodu, było to lodowate zimno, które rozchodziło się w jego żyłach, które niszczyło wszystkie organy, był to mróz tak straszny i mocny, ze zmysły elfa poczęły wariować. I tylko odgłos bicia serca odzywał się coraz wolniej a krzyk wiązł w gardle. Krzyk rozpaczy i krzyk gniewu.
Elf zacisnął powieki powstrzymując łzy napływające do jego oczu. Nie wiedział czy to z bólu czy na dźwięk pieśni wiatru, wraz, z którym dolatywał melodyjny śpiew nimfy. Łzy skleiły powieki elfa oszraniając je soplami lodu, tak jak i twarz, dłonie i cale ciało jego zsiniało tracąc życiodajne soki, które zastąpił chłód i lód niszcząc tkanki i mrożąc je. Włosy elfa pokrył lód tak jak i on sam powoli zamieniał się w lód. Wzrok jego początkowo wyostrzony nagle zaczął przestał dostrzegać barwy i tylko biel i błękit była jego światem. Zaspy wokół elfa narastały, kiedy on sam zdawał się już dawno nie żyć. Bierny obserwator świata ludzi. Ostatnie uczucia odeszły, kiedy lód i on sam stały się jednością. Zmysły zaczynają odchodzić miarowo, jak w diabelskim zegarze wszystko ustawione jest na swoim miejscu.
Próba skupienia się przyniosła mu wspomnienia nocy z nimfa, roziskrzonego nieba gwiazdami i cichego śpiewu wśród liści. I potem tego bólu, który sparaliżował wszystko, który przesłonił szkarłatem świat zatapiając go we łzach i smutku. Bólu wraz, z którym pogrążyła się nimfa.

Na zakończenie... pozwolę sobie przytoczyć rozmowę, a raczej wspomnienia z rozmów jakie odbyłem z pewna damą; oto one.



Wsparła szczupłe ramiona o balustradę. Przez ułamek sekundy przypomniała sobie jak kiedyś ziewała. Uśmiechnęła się mimochodem. Wlepiła spojrzenie aksamitnych źrenic w toczący się wóz. Woźnica szarpał za lejce próbując usilnie by jego wehikuł nie stoczył się do rynsztoka, w który wygłodniali bezdomni tylko czekali jak hieny na padłe zwierzę.
Logite przekręciła lekko głowę. Deszcz lał z nieba strugami zalewając Yew, tworzył na podjeździe błotniste bajoro. Opanowało ją znużenie, pytania, które tak skrzętnie zawsze kryła w sobie. Zacisnęła mocno usta. Zawsze po tym jak życiodajna krew ofiary przedłużała jej egzystencję pojawiały się pytania. Wraz z krwią czerpała tyle wspomnień. Zatrzęsła się. Krew kobiety; pomyślała znowu a grymas obrzydzenia pojawił się na jej twarzy.
Z odrętwienia wyrwał ją ten dziwny niepokój, który pojawia się, kiedy ktoś wbija w nią swoje spojrzenie. Rozejrzała się uważnie.
Jej źrenice zważyły się skupiając światło gwiazd, które od czasu do czasu niemrawo przebijało się przez chmury.
Jeździec pojawił się niespodziewanie. I wcale nie wbijał w nią wzroku, nawet nie zwrócił na nią uwagi, co tylko pogłębiło jej zdziwienie i pchnęło ją ku irytacji. Wyprostowała się, ramiączku jedwabnej, czarnej sukni zsunęło się lekko. Ona stałą wpatrując się w przybysza.
Wiedziała, że nie był człowiekiem. Spojrzała na twarz ukrytą w kapturze. Mignął jej przez moment wzrok srebrnych źrenic skrzętnie unikający świata. Przybysz był elfem. Logite uśmiechnęła się, słodka krew elfów. Krew wieków. Rozchmurzyła się.
Zastanawiała się przez chwile czy kiedykolwiek miała okazję widzieć jeźdźca, jednak nagły ruch gdzieś po prawej stronie przykuł jej uwagę. Ogromny Gorgooth wyjechał na środek placu podjeżdżając do elfa, wyciągnął miecz przykładając go sztychem do gardła przybysza, który stał niewzruszenie. I wtedy zauważyła twarz elfa, całą śniadą, niemal pozbawioną życia. Krople deszczy na jego dłoniach zamieniły się w sople lodu. Ściągnęła brwi.
Intrygujące. Poczuła jak fala zaciekawienia przeobraża się w pożądanie. Przymknęła powieki i wtedy strach pojawił się.
Przez chwile analizowała informacje przychodzące z wiatrem. Wyraźnie słyszała bicie serca Gorgootha, które pod wpływem czarnych grzybów biło nierówno i niespokojnie, serce elfa niemal nie odzywało się, biło powoli, niemal niesłyszalnie. Gorgooth odjechał a elf zrzucił z kirina juki podróżne i wszedł do karczmy. Logite odwróciła się i wróciła do środka. Starała się ignorować nachalne spojrzenia, które starały się ją rozebrać. Kochanka doskonała, której ciało połyskiwało w nocy miłością i pożądaniem, która potrafiła przynieść tak niesamowite doznania. Wśród tej doskonałości nagle wkradł się niepokój. Zignorowała wodzące za sobą oczy mężczyzn, uśmiechnęła się tylko odnotowując jak nagle inne kobiety znalazły się poza uwagą wszystkich. Była ona i nikt inny.
Teraz to nie miało znaczenia. Miała dużo siły, stary drow Alvor, którego wypiła do ostatniej kropli dał jej mnóstwo sił. Zbliżyła się do elfa. Usiadł z dala od innych w cieniu schodów zatapiając łyżkę w talerzu zupy cebulowej.
- czy nie będzie cię krepowało, jeżeli usiądę obok? – Zapytała wpatrując się w oszronione brwi elfa. Rycerz wzruszył tylko ramionami. Dłonie odziane miał teraz śnieżnymi rękawicami, delikatnymi, które jednak skrzętnie ukrywały jego chłód. Logite jednak czuła to, czuła jak życie elfa zawieszone jest w innym miejscu niż wszystkie inne. Przyjrzała mu się dokładnie. Odziany był w mroczną togę i dopiero teraz zwróciła uwagę, że dziwne cienie powoli snują się po niej, leniwie, zdają się śledzić jej ruchy.
- Skąd jesteś Panie? – Zapytała się, starała się by jej głos był jak najbardziej delikatny i melodyjny. Elf podniósł wzrok skupiając na niej spojrzenie. Włosy elfa były sklejone soplami lodu, którego cień karczmy nie był w stanie ogrzać.
- Z nikąd Pani – odparł. Wraz ze słowami z jego ust wydobył się kłęb zamarzającej pary. Nie był to jednak chłód martwego ciała to jakby coś od środka elfa sprawiało, że emanuje zimnem. Zignorowała kolejne spojrzenie mężczyzny siedzącego trzy stoliki obok. Pod wpływem jej wzroku mężczyzna spuścił głowę. Logite lubiła wyzwania, rzadko szanowała swoje ofiary. Czuła jednak, że w tym elfie jest coś innego. Zupełnie nieświadomie wysunęła swoją dłoń dotykając elfa. I wtedy świat nagle stanął w miejscu. Tysiące miejsc i obrazów zaczęły napływać do niej z coraz większą siłą. Zmarszczyła brwi, elf spojrzał na nią. On ich znał pomyślała. Przyjrzała mu się uważnie. Wtedy poczuła obecność Badalamana, on ich znał... Logite wstała. Jej eksperyment nabrał nowego wymiaru. Rzuciła pochmurne spojrzenie Sali, która obserwowała ją nieustannie. Suknia opadająca ku ziemi zdawała się obmywać jej sylwetkę. Szerokie rozcięcie na plecach kusiło, zdawało się zapraszać. Logite uśmiechnęła się do siebie. Tej nocy elf wyjawił jej swój sekret. Wiedziała, że nie patrzy na nią. Nie musiała się obracać żeby wiedzieć, co teraz robi. Rozejrzała się. Mężczyzna przy oknie. Uśmiechnęła się. Ruszyła w jego kierunku, już w połowie drogi poczuła jak pewność siebie wraca do niej. Zauważyła jak mężczyzna wpatruje się w nią nie mogąc w żaden sposób oderwać wzroku. Rozcięcie z boku sukni zafalowało delikatnie. To była niezwykła noc. Musiała to uczcić. Rozejrzała się jeszcze raz dookoła. Tak, tej nocy wielu jej ulegnie.

tak to było..aż do dziś dzień.. kiedy nagle wszystko zaczęło nabirać sensu...
stay low move fast, kill first die last. one shot one kill not luck just skill

nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit

Aion

Prastare beholdery rzucaly czary z zawrotna predkoscia. Z trudem utrzymywalem sie na nogach. Kolejne ciosy pozbawialy mnie rownowagi. Zaczalem tracic przytomnosc. Wiedzialem ze kolejny cios moze sprowadzic na mnie zgube.
Szarpniecie wierzchowca wyrwalo mnie z siodla. Ruszylem w tyl... brnac pz trudem przez miekki piasek, zapadajac sie  coraz glebiej; rwałem nogi w górę. Beholdery ruszyly w pogon.
Moj los zdawal się byc przypieczetowany.... czekalem na ciosy, ktore zwienczyc mialy dzielo stworow.. jednak nigdy one nie dosiegnely mnie.
Ogromny rycerz, dosiadający kasztanowego rumaka pojawił się nagle i niespodziewanie. Wyrósł z ciemności; jego miecz w szlaeńczym tępie zaczął dosięgać swoich wrogów. Przez chwile dostrzeglem na jego tarczy znak.. kielich i dwa miecze skrzyzowane na nim. Nie minelo chwila a jezdziec uporal sie z moimi przesladowcami.
Szarpnałza wodze i zwrocił się do mnie.
- Jam jest Rycerz Belian - glos mial iski, bylo w nim jednak tyle sily i odwagi, ze z uwagą spojrzalem na niego. On rowniez spiął mociej wodze, zmruzyl oczy uwaznie przygladajac się mie.
- Aion z rodu Aldaron - odparłem wstając z piachu. Rycerz skłonił głowę i usmiechnął sie.
- Co Cię tu sprowadza - wykonał obszerny gest dłonią wskazując na otaczajacą na pustynie.
- ostardy oswoic przyszedlem, wpadlem w zasadzke... winien Ci jestem wdzięczność rycerzu... - on tylko uśmiechnął się... było w tym geście więcej smutku niż radości. - Szukałem cię - odrzekł krótko. Sam nie wiem dlaczego, ale z słowa te napełniły mnie tak dziwnym uczuciem jakiego dawno nie zaznałem. Patrzylem tedy na niego z rosnacym zmieszaniem i zaskoczeniem...
- Opowiedz mi.. prosze wszystko od poczatku.. - rzekł zeskakując z wierzchowca. - w tym czasie bede Ci towarzyszył. - jego zbroja zalśniła odbijając srebrzystą poświatę księzyca i gwiazd, a moze to inna moc emonowala od niego. Rozpoacząłem swoją opwieść a trwala ona dlugo, przerwało ją niepokojace zdarzenie. Dwa wilkolaki przysluchiwały sie naszej rozmowie, niepokojac. Oba jednak uciekły razone sila Beliana.
Belian pod koniec naszej rozmowy usmiechanal sie smutno. Nie powiedzial ani slowa odkad zaczalem moja opowiesc i dopero kiedy nie zostalo nic wiecej do powiedzenia a slonce poczelo kaszmirem zasnuwac poranne niebo a uoszaca sie w lesie mgla zgestniala tak bardzo ze z trudem mozna bylo dostrzec cokolwiek Belian spojrzal na mnie.
- Nerine... - rzekl powoli - jestem... bylem jej ojcem. - Powiedzial krotko. W jego oczach zalsnilo tysiac wspomnien, przez ulamek sekundy dostrzec w nich mozna bylo ogromna tesknote i zal zasnuly mgla cierpienia. W tych oczach dostrzeglem odbicie wlasnych smutkow i tesknot.

(cdn)


Nazbyt dumni i ślepi jesteśmy za życia by dostrzec prawdziwe wartości... Dlaczego dopiero po tym jak już nic więcej nie pozostaje, tak bardzo tęsknimy do tego, co było? Czy smutek, że już nigdy nie wrócisz, dla kogoś coś znaczy? Czy spojrzy ktoś kiedyś w to miejsce gdzie stałeś i powie jak pięknie jest żyć?


Teraz patrząc na ciebie, stąd gdzie kiedyś ty stałeś widzę świat takim, jakim go chciałeś?
"..zimnemu on losowi
nie wymknął się, śpieszny go strawił płomień
Gdy zniszczyła pochodnię straszna matka, knująca zło?"

"Wobec tych dni serce by każdego bolało,
Kiedy tuż przy tych duszach i oczach smutnych
Leżeli wszyscy i tylko róże czerwone im kwitły.
I nad mogiłą wzywam tych, co odeszli,
By ktoś zechciał posłuchać ich krzyku."


Teraz patrząc na ciebie, stąd gdzie kiedyś ty stałeś, pragnę tylko złożyć udręczoną mą duszę przy twojej, by znów ujrzeć przyjaciół.
Gdybym tylko znał mowę bogów, by móc pieśniami śmierć zaczarować
I wyrwać ciebie z otchłani, zszedłbym tam z Tobą bracie.
Niech już umilknie śpiew nimf na zawsze.
stay low move fast, kill first die last. one shot one kill not luck just skill

nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit

Aion

teksty w "" sa rowneiz mojego autorstwa procz jednego ;) slabsze momenty historii wynikaja z przmeczenia materialu umyslowego mojego :) historia bedzie ukonczona ;) screeny wrzucone ;)
stay low move fast, kill first die last. one shot one kill not luck just skill

nullum magnum ingenium sine mixtura dementiae fuit